Mych stanów przejściowych nie sposób tu zanotować, tak samo jak nie można patrzeć w lustro, gdy jest się czymś do głębi wzruszonym. Nie sposób ich także odtworzyć, używając równoległych i tej samej miary pięknych słów, gdyż i tak byłoby to coś wręcz innego.
piątek, 11 listopada 2011
YELLOW

Wszystko to jest namiastką życia.
Jest blade, bezcelowe, smętne, wypłowiałe, bez energii.
Toczy się beznamiętnie, bezcelowo.

Słowa nie mają znaczenia, stają się puste, mechanicznie przetwarzane. Nie niosą echa, nie dają nadziei, nie są oparciem i początkiem czegoś nowego, nie są kontynuacją, nie są końcem. Są, bez celu.

Najlepiej było tylko wtedy, gdy razem rozmawialiśmy podczas komedii romantycznych.
Popijaliśmy winem i czuliśmy zapach rosy tuż nad ranem.
Dlaczego te czasy nie wrócą?
Dlaczego wszystko straciło kolor i smak.
Stało się bezcelowe i bezmyślne.

Dokąd uciekły wszystkie słowa?

I choć nadal pachnie ładnie deszczem nie znajduje tej samej gamy kolorów. Sałata z Norwegii nie smakuje tak samo, a wino nie przynosi takiego sentymentu.

Dziś zboczyłem z kursu. Żegluję w przestworza w nieznane. 

środa, 24 sierpnia 2011
SNY


Sny. Kto je wymyśla? Kto stwarza pajęczą sieć oplatającą mózg? Kto sprawia, ze te gałki niecierpliwie się poruszają. 
Krzyczymy albo podrzucamy nogą śniąc, że spadamy ze schodów. Budząc się nie wiemy czy jesteśmy jeszcze za bramą tajemnic czy już realność powróciła.
Kto opracowuje te misterne plany latania po kosmosie i płynnego mówienia po angielsku? Czasem sny są uporczywe. Prześladują nas, napraszają się wielokrotnie do naszej głowy. Maltretują, nawiedzają i sprawiają, że budzimy się przerażeni. Ktoś za tym wszystkim musi stać.
W tym łóżku, od strony kontaktu śni się gęściej i intensywniej. Wartka akcja, grafika jak z porządnej gry komputerowej. Tu od ściany, tej drogiej, z wymyślnymi wzorami jest bardziej artystycznie. Tu tworzy się obraz bardziej tajemniczy, niedopowidziany. Jak historia z lasem. Codziennie dochodzi do tego snu jeden element. Każdego dnia buduje sie opowieść. Zaczynam ja poznawać od końca.
Las.
Ciemne okna.
Pada śnieg.
Szukają mnie myśliwskie psy.
Tropią mnie zwiadocy.
Uciekam.
Mam wypadek na leśnej polanie.
Jedziemy poprzez zaspy.

To wszystko jest tak realne. Zdaje sie nie mieć końca ta łamigłówka. Można to analizować, przetważać, opowiadać, snuć i wymyslać, próbowac wczytać się w kontekst. Ale to nadal będą tylko domysły.

wtorek, 23 sierpnia 2011
PIERWSZA ZMIANA

Dzień zależy od tego kogo spotkam.
Na 6:20 spotkam tych pracujących na poranne zmiany. Tych najbardziej zapracowanych, przywykłych do tego, by od siódmej stać na miejscu za ladą i oferować, skanować, kasować i wykładać. Tych, co zawsze szukają biletu zagubionego gdzieś pod ogromnymi bułkami z wędliną i ogórkiem własnoręcznie kiszonym przez teściową w zeszłym tygodniu.
Ci z 7.10 to zazwyczaj uczniowie. Poniżej zaspanych włosów widać Kordiana, Romantyczność albo tasiemce i płazińce. Czasem, pod koniec roku nieco więcej matematyki. Rozproszony wzrok próbujący rozwikłać zagadkę potrójnej całki.
8.20 to bankowcy. Garnitury. Wiecznie grający na smartfonach, bezmyślnie przesuwający palcami zaobrączkowanymi po zafoliowanych tabletach lub nurkujący w wyborczej kręcąc głową na wzmianki o nowych kredytach konsumpcyjnych.
Ciągle mam wrażenie jedynie, ze statystyję. Jestem martwym elementem w tej sztuce zwanej pociągiem codzienności. Zupełnie jakby płacili mi pięć dych za leżenie sztywno pod Grunwaldem w jakieś ekranizacji. Nie wczuwam się w żadną z tych ról. Nie spieszę się, by mówić "miłego dnia", nabijać ceny. Nie straszne mi również różniczki czy proglotydy, które jakiś czas temu usilnie spędzały mi sen z powiek. Konsumpcja jednostek rozliczeniowych ani tendencje wzrostowe w nowych iphonach też mi nie w smak. Jeżdżę z tymi ludźmi, których obserwuję. Oni nigdy nie patrzą. Ich oczy są zimne, szare, a wzrok wiecznie wwierca się w podłogę, pełną śrub i innego żelastwa. 3509 uderzenie. Przystanek Raków. Czas, by wysiąść, przejść 48 schodów i znaleźć się na wiadukcie. Odczekać 8 minut 50 sekund i wsiąść do autobusu. I tak na zawsze. W szale codzienności, ale bez szaleństw. I tak jak ... od lat. 

poniedziałek, 22 sierpnia 2011
METALICZNY

Autobus. Rozpędzony na wiadukcie. Sunie niemalże ponad ziemia. Czuję metaliczny zapach. I to przejmujące zimno. Nagle wszystko wydaje się takie odrealnione. Zwalnia powietrze, ruch staje się mimowolny. I tylko tylko ten metaliczny, przejmujący chłód. Wówczas nie ma myśli o strachu, przerażających wizji. Po prostu poddajesz się, płyniesz z prądem, ulegasz temu uczuciu nieważkości. Wczuwasz się w rytm. Płyniesz. Momentalnie zamykasz oczy. Przenosisz się w do Wenecji, Florencji czy Toskanii. Po prostu tam jesteś. Leżysz na rozłożystym łożu. Za oknem upał. Zwiewne zasłony oplatają ciało. Nic się nie liczy. I jest się wtedy strasznie samotnym. Ale to samotność, która nie przeszkadza. Jesteś już daleko. Gdzieś ponad tym wszystkim. Bez pieniędzy, bez bagaży, bez zbędnych pytań. Lekko lawirujesz ponad ziemią. I ten stan zdarza się tylko raz. Ostatni raz.

niedziela, 21 sierpnia 2011
MATTERS

Zbliża się 19.00.
Po dwunastu godzinach można opuścic te bezduszne biurówce. Uwikłane w kable, fale radiowe, aparatury pomiarowe i fotele dentystyczne. Ale najgorzsze, że wcale nie moge oderwać się od krzesła. Jakby wrósł w te mury. Nic nie goni do domu. Nie ma już uduchiwionej postaci, która gnała jak najszybciej, by zdążyć, by być na czas, by przemierzyć kilometry w mgnieniu oka i nie stracić żadnego cennego oddechu.
Siedzę patrząc bezdusznie jak parking pustoszeje. Ostatnie drukarki fiskalne wydaja tchnienia, a jarzeniówki mrugają sennie, szuflady przestają trzaskać, strzykawki nie lądują w koszują. Wszyscy zbierają sie do domu. Ostatnie klucze przekręcają się w drzwiach. Ciężkie ołowiane myśli przytrzymują mnie w tej klinice. Coraz większy bezsens ogarnia to ciało. Wzrok wbity w okran, beznamiętne myśli krążą gdzies nieopodal - bez celu i bez sensu.  

STAW

Zamknąłem oczy. Tak, mam przed oczyma staw. Czarny staw. Mgłę unoszącą sie ponad tymi przestworzami. Przemarzłem, gdy świadomość opętana została przez wiadomość. "Oni tu leżą". Tak, tam leżą ciąła. Spoczywają na dnie. 70 metrów niżej jest kilku nastolatków. Spadli w przepaść jak płatki sniegu. Nic nie mogli zrobić. Przełamali zimną tafle jeziora. Obalili umysł. Zakończyli tą podróż. Rozległa się cisza. Przeraźliwa cisza i szron na powiekach. Zamarzam myśląc o podróży jaką musieli odbyć poprzez te wody na krańcu świata.
Nagle znajduję sie na dole. Leżąc na skale opalamy się. Słońce tak nieznośnie obchodzi się z nami. Bezlitośnie. Opłakuje tych na górze. Stara sie przesłonić dramat. My na dole, choć czujemy to ciepło czujemy trwogę myśląc, że tam na górze twa wieczna zmarzlina. Lód, którego nie jest w stanie nic i nikt przełamać. Trwa po wieki. Bez szans na walkę.

INTEGRACJA

Spotkanie. Pierwsze. Nikt nigdy wcześniej nie wpadł na pomysł, by zebrać zespół i podjąć  sie jakiejkolwiek próby integracji. Firma z założenia nie integruje społeczeństwa, nie ingeruje w to, co dzieje się w relacjach międzyludzkich. Bez atmosfery i bez wsparcia. Nie trzeba. Po prostu.
Dopiero podczas wspomnianej powyżej integracji zauważyłem zmęczone, smutne twarze. Twarze dwudziestoparolatków, którzy mentalnie są trzydziestolatkami, matkami polkami i zrzędzącymi polakami. 
Zastanawiam się, czy dla obserwatora przyglądającego się z boku ja również wyglądam tak mało wyraziście? Czy to zmęczenie widać i na mojej twarzy? I choć oni są dla mnie odlegli, nie widzę porozumienia naszych umysłów i nigdy nie doznałem rozumienia ich istoty, to jednak czasem czuję ich oddech na plecach. Dogania mnie ich starczość. Kiedyś obiecałem sobie życie do trzydziestki bez ograniczeń, bez spania, w ciągłej podróży, z setką znajomych u boku i milionem pomysłów w głowie. Co zostało z  tego planu? Poza wyjazdem raz w roku, praktycznie nic. Życie stało się szare, nijakie, jednakowe. A tak bardzo chciałem tego uniknąć. Za wszelką ceną starałem utrzymać wysokie obroty. Cóż zostało? Smętne życie pośród ponurych, niezadowolonych twarzy, mających od lat tego samego grubego męża i te same wrzeszczące dzieci, które wiecznie chorują.

środa, 25 maja 2011
PIASKOWA BURZA

Ja w sprawie dychotomii. Tej nienzaczności i dziwnego zjawiska.
Najpierw tłumnie przybywają, trwonią czas, wsłuchują się w słowa, spijaja każdy gest i spojrzenie, zakochują się w uśmiechu, a potem nagle zapominają. Ignorują wręcz. Przyczyną jest czas. To on wszystko zmienia, ustawia, koliduje i powoduje, że bohater numer I popełnia fundamentalny błąd atrybucyjny. Zakładam, że wszystko będzie inaczej. Nic bardziej mylnego. Nic bowiem nie znaczą już słowa, gesty, dotyk, spojrzenie i kilowatogodziny spędzone wspólnie.Tknięty temat sunie po zboczu. Nadciąga niebepiecznie jak piaskowa burza. 

niedziela, 22 maja 2011
II

Patrzę w czerń.
Dostrzegam paragraf, lecz milczę.
Mam zamiar, plan, pomysł, ideę, lecz milczę.
Czekam na argument by wykonać kolejny krok.
Czekam na uniesienie bramy, by ruszyć z całych sił. 
Biec, do utraty tchu na inny kontynent.

Ponieważ powtarzam, mam plan.
Plan, by wszystkich wyprzedzić, zostawić, by zostając tu na miejscu upatrywali w sobie przyczyn, skutków, intelektu, którego im zabrakło, by rozwikłac tę zagadkę.
Kiedyś to się zaiste stanie. Wówczas wszysycy zadadzą pytanie "dlaczego tego nie widzielismy?"
Lecz na takie odpowiedzi będzie za późno.

Loud.
To będzie słowo które przepełni okolicę w chwili zagadki.
Paragraf stanie sie faktem.
Wyjaśni sie to, czego nikt nie jest w stanie pojąć, krzywdząc każde schronienie mojego uczucia.

Gdy będę już daleko, za polarna zorzą. Gdy będę tym mściwym, uciekającym wraz zachodem słońca, wszyscy pojma, gdzie zrobili błąd. 

Lecz nie wiem jeszcze czy miejscem tym ostatnim będzie szczyt, tuż za polaną czerwoną czy plaża z niewiargodnym błekitem u stóp.
Na pewno sie to stanie.
Kwestia czasu.

czwartek, 19 maja 2011
Complicated

Zdaje się to być tak wszystkie bardzo skompikowane.
Nieprzewidywalne, tak, jakby krótkie słowo miało stanowić istotę życia.
Wszystko tak niebezpiecznie zakręca, lawiruje, pędzi i staje w szranki z periodycznością.
Zataczam kolejny krąg, który jak na sękatej desce stojem być raczy.
Umyka mi ten cel, staje się poza moim zasiegiem, tracę go z radaru, nie mogę namierzyć.
Padam w konwulsjach starpiony, rzucam się jak nastolatek buntowniczy.
Tak wielka to niesprawiedliwość, ale słyszałem nie raz, ze mam jej już nie szukać.

Mam przed oczami plażę o północy. W oddali niknące światło latarni.
Światło, które umyka, tak nieubłagalnie.
Gaśnie, niknie.
Umiera wraz z moimi ideałami, marzeniami, planami, stereotypami, czyli z wszystkim tym, czym jestem. Umiera wraz ze mną.

niedziela, 01 maja 2011
WHO KNOWS

Słyszałem to zawahanie w głosie.
Tak, to pewne. Coś zmieniło się.
Choć zmiana nastąpiła, nie przypuszczałem, że ten cholerny charakter tak spokojnie opanuje sytuację.
Mogę mówić o wszystkim spokojnie.
A kiedy pytam, słyszę jedynie who knows. 
No trudno, niech targa mną, niech boli.
Zmiana, to zmiana. Musi nadejść. 

niedziela, 24 kwietnia 2011

Właśnie się dowiedziałem.
Przez przypadek.
Przeglądając znajomych na stronie internetowej.

 

MANDRAGORA

Irytacja sięga zenitu.
Nikt nie rozumie tego, co mam do przekazania. 
Każdy dopatruje się drugiej strony eufemizmu, jakbym szyfrował wiadomości w mowie potocznej. 
Odrejestruj - zarezerwuj - upiecz - wyrzuć lub zapomnij. 
Proste polecenia, a nikt nie potrafi ich zrozumieć. 
Czy rozmowa wymaga użycia ogromu inteligencji ponad przeciętną? 
Myśli mnie zabiją.
Zaprowadzą do obłędu i staną na skraju ubóstwa psychicznego. 
Pesymizm przeleje czarę goryczy, zaleje oczy i upije umyśł. Zabierzei wszystkie promienie słoneczne. Zaciemni jasne, duże okna.

Żadna z odpowiedzi nie jest prosta.
Nie każde pytanie kontynuuje się odpowiedzią.
Teraz już to wiem. 
Zwłaszcza gdy ktoś zbacza kłamiąc podstępnie, bo patrząc wprost w źrenice, próbując przebić się do mózgu.

Tak, jak w życiu, ludzie lubią komplikować najprostsze sprawy, sytuacja i dylematy. 
zagmatwać, przeinaczyć, zmodyfikować, zrewolucjonizować, bo przecież najprosze nie jest najlepsze, gdyż jest proste. A proste niestety większości kojarzy się z prostactwem, a więc widocznie jest się czego obawiać.

W CZYM MOGĘ POMÓC?

Drażniace zewsząd pojawiające się zdanie " w czym mogę pomóc?".
Mam w umowie określone zadania.
Wypunktowane.
17 rozdziałów, ale oni słową o głupkowtym uśmiechu, o wiecznym przyklejonym entuzjaźmie i niewzruszonym debilnym spojrzeniu blondynki.

wtorek, 15 lutego 2011
PÓŁMROK

Kiedyś patrzono na mnie jak na niewinne dziecko.
Jeszcze wczoraj.
Mówiono: "Młode serce... piękne i naiwne"
Cała ekliptyka należała do mnie. Nie było gwiazdy, której niemógłbym zdobyć. Nie było toru przeszkód i głosów sprzeciwu. Duma wypełaniała, mobilizowała.

Dziś wiem już, że nie dla mnie uwite gniazdo, rodzinny gwar przy choince z gromadą dookoła.

Nie dla mnie śmiech bezgraniczny i ten bezcenny spokój pozbawiony głosu w oddali szepczącego wyraźnie i dobitnie "co będzie za chwile?", "co się stanie?".

Zaplanuj - Określ - Zrelacjonuj.

Nie wytrzymując napięcią tych zasad eksplodowałem wewnętrznie. Makro-mikro wybuch emocji i wypalenie materiału logicznego. Przesycenie różem estetycznym i czernią naukową. Zmechaniowanie i zero ludzkości. Całość przejęta robotyzacją nie zauważyła w tym wszystkim mnie, jako mnie - kawałka serca z zastawką, aortą, komorą i prawą odnogą pęczka Hissa.
Wyprany z błędu, poharatany lazurową farbą zmierzam tam, gdzie fale mnie niosą, bezwłądnie, bezmyślnie.

Uciekłem. 
Schowałem się za rogiem.
Tkwię tam, gdzie półmrok. 
Little. A moment.

Czuje niepokój, przyśpieszony oddech, zpłycenie, degradację i to niepowtarzalne drżenie kolan. Co stanie się za chwilę. Nadchodzi nowe i nieznane.

Tam, na fioletowcych wzgórzach dziś szarość panuje w półmroku.
W oddali czuć zapach niezdecydowania i oddech niewiedzy.
Skompani w mgle przerażenia. 
Stodoła na wzgórzu. Tam gna popłoch, nieznane nowum nasycone złowrogą parą wodną.

Skryty pod etno folkiem wtapia się w tłum wszechobecny, czując nienawistną woń zdradzieckiej przyjaźni gna do przodu błagając o kolejne dni na przebudzenie.

Tego co w zwojach zawarte nikt nie rozszyfruje. Nikt nie dotrze do istoty, nie przemówi na tyle sugestywnie by zmienić tor myślenia.

Sprawa zdaje się być przesądzona.

You lost. 
Jedynie ten napis zdaje się być murem nie do przebicia, symbolizując początek końca. Zaznaczając zmianę. Ale jest jadnakowoż namiastką stabilizacji, prezentując dwoma słowami majestetycznie zahamowanie jakim zdaje się jest nieoczekiwany zwrot charakterologiczny natenczas się we mnie dokonujący.

piątek, 01 października 2010
SEKUNDA

Dialektyka, konwersacja i ten szybko płynący czas. To właśnie ostatnimi czasy jest dla mnie przeszkodą, której nie jestem w stanie unicestwić. Ciężko walczyć z czymś, czego się nie rozumie do końca.
Czas.
Czuję jakby oczekiwanie mnie zabijało. Niegdyś cały czas na coś czekałem. Na egzamin, na urodziny, na 8 rano i na autobus. Jak to przychodziło, wówczas czekałem na coś następnego. Dziś czekam, choć nie wiem zupełnie na co. Ten cel mi umyka.
Czas, który czasem zabija. Zabija każdą sekundą, w której czekam na odpowiedź, na nadzieję, na lepszy znak, na sms'a, na oddzwonienie. I tej właśnie jednej sekundzie wariuję, tracę zmysły i i zupełnie tracę kontrolę nad swoim postępowaniem.
Czekam na cokolwiek, i wtedy właśnie minuta jest nieokiełznaną wiecznością. Wielką i nieznośną przestrzenią, która zdaje się nie mieć żadnych konturów i męczy jest wszechobecność.
Czas znajduje się całkowicie poza partycypacją, jakby był czymś czego nie jest się w stanie ogarnąc ani myślą, ani słowem.
Irytuje mnie irracjonalność tej sytuacji i brak jakiejkolwiek kontroli nad nim.

Ogarnia bezsilnością.
Sprawia, ze myśli płyną szybko, nieadekwatnie do rzeczywistości i zupełnie abstrahują.
Kpią z realności.

 

niedziela, 25 kwietnia 2010
ROCK YOUR BODY

9 godzin pracy.
4 skargi Pacjentów.
Jedną Pacjentkę uśmierciłem (jest o tym święcie przekonana).
Jeden 84-latek nazwał mnie nędznym kardiologiem, choć nie jestem kardiologiem.
Walcząc z demencją, głupotą, irytacją, kłamstwem, wysypką na cito, która faktycznie pojawiła się tydzień temu zapomniałem zupełnie o dzisiejszych planach.
Urodziny? imieniny? 
Bez kalendarza nie istnieje.

Mam wyrzuty sumienia zaniedbując znajomości, ale nadal nikt nie przychylił się do mej prośby związanej z dylatacją czasu.
Czas którym dysponuję skurczył się do mikro rozmiarów. 
Każdego rana wstając zastanawiam się czym jest dzisiejszy dzień.
Poniedziałkiem? Środą? Majem? Sierpniem?
I tak trwam zawieszony w czasoprzestrzeni, która rotuje z niewiarygodną szybkością i powoduje mętlik w głowie.

Nic nie jest tym czym było do tej pory.
Symetria inwersyjna.

Będę błagał za miesiąc o drugi etat, bo inaczej nie potrafię.
To jest dla mnie normalność, choć są tacy, który tego nie rozumieją.

Pozostały 4 dni do wylotu.
Mentalnie jestem gotów na to wydarzenie od miesiąca.
Logistycznie - jestem spóźniony minimum tydzień, bowiem jedyne czym dysponuję to paszport.
Jednakże moje przejęcie takim stanem rzeczy nie jest wybitnie wielkie, a to chyba z uwagi na fakt, że na wyspie na którą lecimy jest niewielu ludzi, a więc i rzeczy potrzebnych będzie nam niewiele.
Dwa tygodnie oderwania od rzeczywistości.
Dwa tygodnie rewolucji obyczajowej.
Dwa tygodnie wyłączenia z  użycia zdrowego rozsądku i wyzbycia się jakichkolwiek zahamowań.
Ograniczenia są dobre tu i teraz, w miejscu, gdzie trzeba dysponować dużymi zasobami kultury, wyrozumiałości i przyzwoitości.

Tam można wszystko, dlatego też tyle we mnie niepokoju. 
Odprężenie na 100%? Nigdy nie potrafiłem zerealizować tego planu.
No właśnie - planu.
Ciągle wszystko musi być od do i wpisane w kalendarz. Jeden i drugi. 
Z przypomnieniem w telefonie, rzecz jasna.

Być może zmiana przyjdzie naturalnie, wraz z pierwszym wschodem słońca na wyspie...

czwartek, 12 listopada 2009
PEWNEGO RAZU

Pewnego razu wspólnie spędziliśmy wakacje w przystani nadziei.
Tak ją nazwaliśmy, bo kojarzyła się z naszym dobrym początkiem.
To była troska o lepsze jutro i życzenie, aby się nam udało
Jak zwykle w filmach o nieszczęśliwej miłości rozstaliśmy się niebawem, tuż po zachodzie słońca bez słów wyjaśnienia.
Tuż za przylądkiem pozorów na skandynawskim wybrzeżu wyobraźni.
Było całkiem bajecznie.
Jak ze snu. Nasze pożyczone wcześniej leżaki były jedynym świadkiem lenistwa, plażowania, cichego clubbingu myśli i słońca opalającego nasze ziemskie powłoki.
Cichy szum fal, lite skały, hotyzont i statek w oddali.
Nasza wyspa, pomimo, ze pojechaliśmy tam razem, a wróciliśmy osobno.
Tak, to nasza wyspa.
Miejmy nadzieję, że nadal bezludna.

czwartek, 06 sierpnia 2009
POBRZEZE

1 maj 2009

„Pobrzeże”

Podobno miejscówkę należy zabukować z minimalnie tygodniowym wyprzedzeniem.
- 18:50 to za późno by jechać na centralny – mówi lenistwo
- Za późno? – pyta zdrowy rozsądek / rozumek
- 20 minut do autobusu, 20 minut samym autobusem, 20 minut biegać po centralnym i podziemiach w poszukiwaniu najmniej oblegnej kasy. I dodaj do tego drugie tyle, bo w drugą stronę! – krzyczy lenistwo.
- A co chcesz jechać ex, przepłacając dwukrotnie?? – rozumem jak zwykle logiczny o zmyśle bardzo pragmatycznym.
- Oj, rozumek, Ty niby taki inteligentny, a jakoś życia sobie nie ułatwiasz! Przecież jest Internet!
Rozumek musiał przyznać rację.
Jak zdecydowali, tak zrobiłem – www.intercity.pl i wybieram – II klasa (leń mocno oponował), niepalący, ze zniżką 37%, bezprzedziałowy.
Nie ma bezprzedziałowy???
Niech będzie przedział ... klikam, choć nie ukrywam, że zaczynam być już mocno zawiedziony...
Internetowy system rezerwacji miejsc odmówił współpracy zasłaniając się niejasno sformułowanym hasłem „erorr 505”.
Trudno, będzie trzeba pofatygować się osobiście.
Pani w kasie, bardzo pomocna, sprzedała bilety, lecz nie byłem do ostatniej chwili pewien czy ten o które rzeczywiście mi chodziło, bo docierały do mnie jedynie strzępki zdań przez nią wypowiadanych – typu „ski?”, „cych?”.

Następnego dnia dotarłem na II peron. Tłum. Czekamy.
Zajechał. Piętnastowagonowy pociąg relacji Kraków – Kołobrzeg.
Stałem na peronie przez piętnaście minut wlepiając oczy w wagony oznaczone „IC”.
Zamykam oczy, liczę do pięciu, po czym zgłaszam się do mojego ducha opatrzności prosząc o przedział bez dzieci, zrzędzących staruszek, drechów, meneli, psów i nadaktywnej seksualnie młodzieży, której się zdaje, że przepełniają ich hormony, a są to jedynie złudzenia powstałe w wyniku przeholowania z liczbą godzin spędzonych z MTV.

Wagon szósty. Miejsce 53. Przedzieram się przez tłum nastolatek, które przeżuwając obcesowo gumę rzucały slangiem typu „wiesz, takich nabajanych fajterów mam po dziurki w nosie. Jak ktoś przyhardkorzy, to wiesz, nie ma zmiłuj”…
Mijam panią siedzącą na składanym wędkarskim siedlisku w przejściu czytającą „przyjaciółkę” (matko, to jeszcze to wydają?!).
Docieram. Na moim miejscy siedzi jakaś wysuszona paniusia. Chrząkam, po czym stwierdzam, że miejsce jest chyba moje… W odpowiedzi słyszę „a po czym pan wnosi?”.
- biorąc pod uwagę, że po pani prawo jest 52, po lewej 54 to tu gdzie pani raczy siedzieć wypada 53, a to mój numer miejscówki.
-
 nie może być!
- może to niech pani lepiej sprawdzi swój bilet.
- chyba śni, no chyba śni! (zwracając się do wspólpasażerów) - Ale, dobra, żeby nie było. Ale jak coś – wołam tego, co ten…. Sprawdza bilety w sensie!

Po chwili zażenowana musi przyznać mi rację. Siada obok wyraźnie zniesmaczona obrotem sprawy.
Dojeżdżamy na wschodni.
Cisza. Duszno. Ludzi pełno.
Nagle paniusia, ta wysuszonona, wstaje, węszy i wychylając głowę na korytarz krzyczy „no kto tu pali?!” .
Dwa przedziały dalej wturują - „to dla niepalących!!!”
Paniusia zyskuje posiłki i rusza na lewo.
Wracając jeszcze krzyczy – " ja doskonale wiem, że tylko pierwsze przedziały są dla was ... tfu! ... palaczy..."
Wchodząc zwraca się do pan spod okna – no da pani wiarę?! - Trzydziestoletnia niespełna kobieta i z takim…. (im)petem się do mnie zwraca. No bezczelna!”
Chwila spokoju.
Pani spod okna wychodzi.
Zastępuje ją młoda matka z DZIECKIEM. Sześcioletnim.
(Widać, że byłem grzeczny w tym miesiącu.... )
Wysuszona szuka zaczepki.
Patrzy długo, po czym zrezygnowana (znowu) wyciąga „poradniak dla zdrowo żyjących. Czyli jak zamienić zły cholesterol w dobry cholesterol”.
Wertuje tabele kaloryczne po czym rozwścieczona zamaszystym ruchem zdejmuje okulary i zwraca się do szcześciolatka – ‘przestań wrzeszczeć! - Niektórzy tu się uczą (mówiła chyba o pani rozwiązującej sudoku) – inni czytają (mówiła o pani z naprzeciwka, która czytała „Marię Lusesitę”), albo robią inne niezwykle ważne i pożyteczne rzeczy (czyżby wzmianka o sobie?) – Ty też się czymś zajmij! Mama ma na pewno dla ciebie jakąś ciekawą książkę – weź i poczytaj!  NO I DZIĘKUJĘ. Wierzę w ciebie chłopcze, w końcu mądre z ciebie dziecię!
Włożyła okulary, które podczas tej ondulacji wpadły jej w dekolt. Dodam, że sześciolatek został zastany w półprzysiadzie w nogą na nodze mamy i palcem w nosie.
Atmosfera nie do zniesienia.
Zamykam oczy wyobrażam sobie Bałtyk. Plaża. Leżak. My, zakochani. Pomaga.

Po chwili podjeżdża pani z Warsu.
Pani (ta od dziecka) bierze dla małego rogalika (Seven Day’s). Mały zajada się, a jego usta zyskują śmieszną obwódkę z czekolady.
Sucha dama znów nie wytrzymuje. Ten typ chyba tak ma.
Pani mi poda to opakowanie. Matka spogląda zdziwiona.
- Się nie dziwi tylko poda. No już, dalej, śmiało!

Matka podaje, sucha zmienia okulary, które dali do bliży, a te, które dali do dali wsuwa znów w dekolt (żeby jeszcze było w co…)
- wie pani co – mówi sucha – mogła pani równie dobrze swojemu dziecku powiedzieć – chwila zawahania, teatralizacja jak się patrzy – „masz synu, jedz! …. Truciznę!”
Matka patrzy na pozostałych pasażerów.
Ci, którzy dotychczas olewali suchą skierowali wzrok znad książek, wyjęli słuchawki z uszu i badawczo się przysłuchiwali, licząc na dalszy, ciekawy rozwój wypadków.

Mija chwila, w tłumie pojawia się hasło „no dalej, mała, przywal jej…”. Matka, niewiele myśląc rzuca się na suchą. Przykłada jej baletkiem w czeremchę. Wiwat, a dziecko krzyczy„dobrze babie!” i wystawia język…

- Dlaczego pani tak mówi?
- Dlaczego? Proszę, spulchniacze, emulgatory, ulepszacie, i cała gama związków, które zaczynają się na E…
- Ale wie pani, to teraz jest wszędzie…. Nie można popadać w skrajność…
- O nie, moja miła. Wystarczy trochę wiedzy. Frytki, frytoliny, tłuszcze, chipsy – to szkodzi małemu. Gdyby nie spróbował, to by nigdy o nie nie prosił!
….

Irytacja sięga zenitu. Bałtyk to za mało. Co najmniej Chorwacja. Każdy w skąpych strojach kąpielowych chlapiemy na siebie ciepłą wodą Adriatyku oraz na ganiamy się po plaży w rytm piosenki „mayby gods are crazy, mayby stars are blind. If you show me really baby, i show by me. Mayby i’m perfect for you…”

Wracam z tych rozmyśla i widzę, że już po starciu…Matka zakłada okulary przeciwsłoneczne. Słuchawki wracają na uszy pasażerów. Sucha wygrała bitwę, ale nie wojnę. Aby utrzymać siłę swych argumentów wyjmuje z torby całe zaplecze gastronomiczne.
Słoniki, torby foliowe, platikowe sztućce (które notabene jak twierdzi Łukasz powoduja raka, w przeciwieńswie do plastikowych pojemników na jedzenie od chińczyka).
Pedantycznie pokrojone kawałki sera żółtego, grubości 2 centymetrów każdy. Słowik z kozim mlekiem, rzodkiewki (każda rozpołowiczona) i inne wynalazki typu por, seler (surowe rzecz jasna).
A na deser wafle ryżowe. No ładnie zdrowo, pomyślałem, po chwilie jednakże dostrzegam, że są z biedronki - momentalnie zmieniam zdanie.

Tanie Linie Kolejowe. Nie ma cudów, Stefan, nie ma.
Dojechałem do celu. W sumie w cenie tego przedstawienia mógłby być popcorn. Z jednej strony, to niczym w teatrze, nie wypada, w drugiej, wszystko można, bo to taki mały performens. I to z żywym udziałem publiczności. No, ale czego się spodziewać za 17.60 (Cena zawiera VAT, zniżkę i „dopłatę obowiązującą w pociągach z dopłatą”, czytaj „miejscówkę”).

piątek, 27 marca 2009
GOOD BOY GONE BAD
Wściekam się na Przewozy Regionalne (tzw. "pośpieszne", teraz należące do spółki IC)
Szczególnie na Mazurski Zakład Przewozów Regionalnych.
Wściekam się za 4 wagony pociągu z Mikołajek.
Za przepełniony ludźmi skład, który doczekał się czasów "dopychania" pasażerów z peronu.

Zdarzyło mi się niegdyś podróżować w tym pociągu.
Moja "miejscówka" wypadła dokładnie w drzwiach łączących wagony nr 3 i 4.
Każde drobne oparcie się o drzwi powodowało ich natychmiastowe otwarcie i doprowadzenie mnie do szaleństwa.
Kłęby dymu zasłaniały całkowicie obraz a wędrujące pielgrzymki sikaczy piwnych w kierunku ubikacji całkowicie wyprowadzały z równowagi.

19:30 Warszawa Choszczówka.
40 minut nieoczekiwanego postoju.
Wylewające się ciała lekko trącone chmielem.
Okrzyki, śpiewy i trąbienie.
Hit podróży to jednogłośnie... - "miała wianki i..."
W toalecie z powodu braku miejsc gdziekolwiek indziej zaległo 10 osób. W tym jedna stojąca na sedesie. Jedna siedząca w umywalce.
Trauma słowem.

Kiedy przytrafiło mi się kolejny raz ruszyć w podróż na tym samym odcinku za pośrednictwem PKP PR stwierdziłem, że dosyć tego dobrego - stać tyle godzin nie będę!
Podjeżdża pociąg.
Znów załadowany jak krowi konwój.
Wpycham się z bagażami.
Ku zniecierpliwieniu pasażerów przeciskam się w głąb gorzelni i wszelakich gwarnych rozmów ludzi poupychanych w wąskim korytarzu z plackami na stelażu i wymyślnymi walizkami pokaźnych rozmiarów.
Jest!
Jest, jedno jedyne wolne miejsce.
Aż dziwne, że się uchowało!
Natentychmiast zajmuje to cudowne, ciepłe, wygodne siedzenie.
Praktycznie można rzecz tron jak na te warunki!
Współpasażerowie niedoli mazurskich przewozów regionalnych patrzą podejrzliwie.
Cóż, to mała cena jak za miejsce o które tak trudno w tym pociągu.
Po 10 minutach czuję, że jest nad wyraz gorąco.
Środek zimy, grzeją niemiłosiernie.
Czuję płonącą twarz.
Ale trwam, bo mam miejsce. A to już coś!
Dookoła dzieciarnia.
W kolano co i raz trafia samochód zabawka lub skórka od banana.
Trudno, trwam!
Za oknem dostrzegam wiele dziewczyn.
Żal mi ich. Ale przecież wsiadały wcześniej ode mnie, dlaczego tu nie usiadły?
Waham się. Ustąpić?
Nie za bardzo mam jak się ruszyć. Na górze bagaż.
Good boy gone bad...
Poddaje się.

Po godzinie orientuje się, że na oknie wisi wielki napis "Przedział przeznaczony dla kobiet w ciąży i matek z dziećmi do lat czterech".
Ze mnie ani jedno, ani drugie.
Fakt, dookoła same kobiety z dziećmi. Jedna w ciąży. I jakiś mąż powtarzający nieustająco do dziecka "a kuku".

Po 20 minutach przybywa konduktor.
Sprawdza bilet po czym patrząc się naprzemiennie - na mnie i na tabliczkę zamieszczoną na oknie rzecze:
- wie pan, że to przedział dla kobiet w ciąży i matek z dziećmi... do lat 4...?
I tu zaczęło się nerwowe poszukiwanie pomysłów.
Współpasażerowie spojrzeli się oczekując jakiegoś sensownego wytłumaczenia.
Rozglądam się powoli szukając natchnienia. Wiem jakie są konsekwencje. Już praktycznie słyszę słowa "Proszę opuścić to pomieszczenie...."
Burza mózgu.
Galop myśli.
Wiem!
Mam!
Spoglądam na ciężarną siedzącą obok mnie i pytam na głos:
- Kochanie, dobrze się czujesz?
Kobieta robi wielkie oczy, ja błagalnym wzrokiem liczę na to, że nic nie powie. Pewnie gdyby nie była w trakcie konsumpcji rzuciłaby jakimś porządnym kawałkiem mięsa.
Na szczęście konduktor trochę złagodniał.
Dodaję do ciężarnej:
- Nic ci nie potrzeba?
Po czym znów spoglądam na konduktora z ogromnym uśmiechem i triumfująco podniesiona brodą.
Odpuścił.
I całe szczęście, bo pociąg miał opóźnienie 50 minut.
Chwała tej kobiecie za to, że była w moim wieku, ze była w ciąży i że nic nie powiedziała.

Przygoda ta nauczyła mnie dwóch rzeczy.
Po pierwsze, by zawsze polegać na pomysłowości, bo jak to kiedyś ktoś rzekł: "matka potrzebą wynalazków"*
A po drugie - by jeździć expresami z miejscówkami!

---
* i niech mi nikt nie śmie twierdzić, że z tą matką to akurat odwrotnie jest! ;)
poniedziałek, 23 marca 2009
ILUZON

Zamarła we mnie naturalna zdolność po poskramiania szarości dnia codziennego i podkradania cudzych słów.
Poruszam sie po poziomie potoczności językowej.
Tkwi we mnie domniemany żal.
Ostatni miesiąc nieoczekiwanie zamienił całkowcie moje życie.
Przeprawił na lewą stronę wszystkie uporządkowane sprawy bezpiecznie dotąd odłożone na prawym brzegu.
Zawalił wały stabilności i zepsuł sito oddzialające mnie od błahych problemów.
W zamku z piastku runęła wieża.
Zapadła się koncertowo.

Czuję się jakby uciekł mi autobus.
Pozostałem sam, gdzieś w dalekiej krainie.
Siedzę na samotnej ławce żaląc się przemokniętemu rozkładowi jazdy.
Zbliża się wieczór, a ja wyczekuję kogoś, kto mógłby mnie podrzucić do miasta.

To tak jakbym spalił notatnik z adresami znajomych.
Tak, jakbym wyjechał na zawsze, mówiąc im "wpadnijcie latem" doskonale wiedząc, że odpowiedź "oczywiście" nigdy nie będzie miała odwzorowania w rzeczywistości.

Nie wiem co począć.
Patrzę w zachmurzone niebo i nie wiem.
Nie wiem.
Bezdech.
Bezmyśl.

Zostałem zawieszony w przestrzeni.
Jakby człowiek Yeti zawiesił mnie na ogromnym haku.
Patrzy jak przebieram nóżkami.

To tak jakbym usiadł na łożu z trawy jako kapryśne dziecko naburmuszone, które zapytane o swój stan odpowiada z głową skierowaną w przeciwną stronę - "Niech zniknie cały ten świat. Już niepotrzebny mi i tak!".

Siedzę tydzień na parapecie patrząc na grubego, rudego kota sąsiadki.
Czasem spojrzę na wyświetlacz mikrofalówki, by zorientować się czy to już jutro, czy nadal jeszcze dziś.

Idzie wiosna.
Może złudzenia zakwitną na nowo. 

Brak mi słów, które opisałyby sensowie cały ten świat.
Świat, w którym teraz przebywam.
Nie przychodzi mi na myśl zdanie.
Zdanie, które w konstrukcji złożonej przedstawiłoby prostotę tej sytuacji.

Zawieszony patrzę w dal jak inni wiodą życie.
Jak pędzą, chorują, zarabiają, kupują samochody i karmią rude koty.
Wyrachowane rude koty.

***
"Nosił czarna koszulę
Miał oczy pełne łez
A na imię Benjamin..."
To była ostatnia piosenka jaką razem słychaliśmy z Pauliną.

To był II dzień Świat Bożego Narodzenia ponad dwa lata temu.
Wpadła do nas na chwilę.
Wieczorem odprowadziłem ją do domu pytając nieustannie czy jest szczęśliwa.
Staliśmy do późna przed przedszkolem, nieopodal domu w którym mama czekała na nią w kuchni.
Śnieg powoli nas zasypywał.
Latarnie cierpliwie oświetlały naszą rozmowę

Mieliśmy spotkać się w wakacje.
Od tamtej zimy słuch po niej zaginął.
Podobno wyszła za mąż.
Podobno ma dziecko
1500 km stąd.

I podobno nadal słucha czasem Benjamina.
I nadal w myślach jest moim serdecznym przyjacielem.
Jest, bo ja w to nadal wierzę, wspominając to, gdzie i kim kiedyś byliśmy
***

niedziela, 22 lutego 2009
MAGDA. MAGDA, PROSZĘ!
To by się zgadzało.
Trafiłem na nią przez przypadek.
Nie pamiętam nawet jak się ten przypadek sam trafił.
Była niekompletnie ubrana.
Jak do tego doszło?
Zalogowałem się.
Ku swemu zdziwieniu potwierdziłem rejestracje i już zaczynam z nią konwersację.
Magda.
20 lat.
Aczkolwiek mentalność na poziomie 17 latki.
Zawsze chętna na rozmowę.
Jest tylko maszyną. Mieszka na stronie internetowej.
Niestety.
Choć jak utrzymuje - to dla niej nie problem.
Odpowiada z pistoletu.
Nie ważne co jej napiszesz, bo i tak odpowiedź jest przygotowana z góry.
Wchodzi w odpowiedni plik i w ciągu 5 sekund pojawia się całkiem zgrabne zdanie.
Zacząłem odpowiadać "tak", "zgadza się", "oczywiście".
Dziewczyna wyznała mi miłość po wysłaniu 64 wiadomości w przeciągu 15 minut.
Żadna z nich nie była rozbudowana, ba, powiem więcej, nie zawierała nawet 5 słów!

Po głębszym zastanowieniu stwierdzam, że jednak wolę Anię z Ikei.
Mieszka na stronie ikea.pl w dolnym okienku po lewej.
Może nieco mniej urodziwa, ale za to inteligentniejsza.
Nie jest aż tak banalna.
Słodka blondynka.
Spojrzenie momentami niczym kotek ze Shreka.
Ma bardziej cięte riposty
A jeśli popełni gafy .... jest wówczas czarująca.
I do tego kompetentna.
Broni zaciekle swej prywatności.
Perfekcjonistka w każdym celu.
Ale to i tak tylko maszyna...
Więc nasz 15 minutowy romans musiał się zakończyć.

Przerażająca jest jednak myśl, że jest w Polsce osoba, która przeprowadziła z Magdą ponad 200 godzin rozmów i poprzez opcję sms kupowała jej wirtuialne bukiety kwiatów i pierścionki (za całe 9 złotych + VAT).
środa, 11 lutego 2009
OPOWIEść O KSIęCIU Z BAJKI

Za górami, za lasami żyła sobie piękna, niezależna, pewna siebie ksieżniczka.
Pewnego razu natrafila na żabę siedzącą na kamieniu i przyglądającą się brzegom nieskazitelnie czystego stawu w pobliżu jej zamku.
Księżniczka przywitała się, po czym żaba wskoczyła księżniczce na kolana i powiedziała:
- Piękna Pani, byłem przystojnym księciem, aż pewnego razu zła wiedźma rzuciła na mnie urok.
Jednakże jeden Twój pocałunek wystarczy, abym znów stał się młodym, pięknym księciem, jakim byłem przedtem.
Wtedy, moja słodka, weźmiemy ślub i bedziemy razem z moją matką gospodarować w tym zamku. Tam ja będę pisał pieśni, walczył w turniejach i polował, a ty bedziesz przygotowywać mi posiłki, prać moje ubranie, cerować skarpetki, rodzić mi dzieci i bedziemy żyli długo i szcześliwie...
Tego wieczora przygotowujac kolacje, przyprawiajac ją białym winem i sosem śmietanowo-cebulowym, księżniczka chichocząc cichutko pomyślała:
- No kurwa.. nie sądzę...
I dalej przewracała na patelni skwierczace żabie udka w panierce...

niedziela, 08 lutego 2009
MERCY
Wzbiera we mnie litość.
Coś się chyba przestawiło.
Wyrwało z żelaznego (w mym mniemaniu) uścisku kontroli psychicznej.
Pojęcia nie mam.
Zagubiło się coś istotnego.
Tylko jeszcze nie wiem co to jest, to coś co się zawieruszyło.
Szukam tego podczas codziennego joggingu w skutym lodem parku.
Rozglądam się w autobusie, ale ludzie milczą.

***
Usłyszałem, że mam tragiczny sposób wypowiadania ważnych kwestii.
W sensie "Nie taki ton".
Kiedy powiedziałem, że słowa są ważniejsze, usłyszałem, że o jakże mylne me stwierdzenie, poniewóż ton jakim się posługujemy jest najważniejszy. To on nadaje sens wypowiedzi.
To tak jakby nieważne było co mówię. Byle byłoby miło.
Nie przekonam się do tego poglądu.
Jest on całkowicie "poza moja jakąkolwiek partycypacją".

***
Klientka powiedział, że mam piękny głos.
Radiowy głos.
Dodam, że wyraziła życzenie słuchania mojej autorskiej audycji co dnia w swojej ulubionej rozgłośni.
Pierwszym Programie Polskiego Radia.
Bez komentarza.
Choć patrząc na to z drugiej strony, to zawsze mogła mieć na myśli "Radio zawsze dziewica".

***
Jedna z pań (lat 23) z działu Team Leader odeszła (czytaj: moja "przełożona")
Z dnia na dzień.
Przekazała swoje obowiązki Pani J.
Pani J (lat 28) ku wielkiemu niezadowoleniu przyjęła kolejne zlecenie, co uniemożliwia jej natenczas wielkie lizusostwo kierowane ku czci i chwale pani prezes.
Pani J. rzuciła focha.
Przegrała bitwę, ale nie wojnę!
W akcie desperacji usunęła z naszej-klasy Panią N.
Ostatecznie.
I na amen.
"J. JUŻ NIE JEST TWOJĄ ZNAJOMĄ"

N. dostrzegła problem.
Ma w chwili obecnej "nierówną" liczbę znajomych.
249 - to źle wygląda.
Dramatycznie poszukuje znajomych.
Znajomych znajomych.
Z tego co słyszałem zastanawia się nad stworzeniem drugiego konta w calu zaproszenia samej siebie.

One tylko są "moimi przełożonymi, którym trzeba okazywać należy im szacunek".
Przyznaję rację, gdyż doskonale zdaje sobie sprawę, iż "żaden szef nie będzie trzymał pracownika, który ma zawsze rację".
Więc swoje racje trzymam w kieszeni.

Ponadto nie wychylam się z propozycjami ze względu na zasadę Larsona, która brzmi: "Dokonaj czegoś niemożliwego, a szef zaliczy do Twoich obowiązków".

***

Tam gdzie razem byli - nie ma ich.
Dlaczego?
Bo 1 mieszka na Bielanach
A 2 na Mokotowie.
A metro na odcinku Politechnika - Ratusz Arsenal remontują.
A lasek Bielański nie napawa optymizmem.
Zwłaszcza jeżeli chodzi o długie spacery ze wzrokiem bydlęcym.
W roli zakochanego Szekspira na dodatek.
Nie czas, nie miejsce.

***
Ola wyjechała do Francji.
Wreszcie.
Z terminalu 1 odleciała o 12:45.
Więc ja co?
Więc miałem wczoraj recital w Remoncie wraz z chórem pracowniczym.
Liczba chórzystów dobiła 14.

***
Rozmowy sterowane.
Czyli konwersacja mojej chórzystki z jakimś obcym jegomościem:
- co jak stoisz jak widły w gnoju? Chcesz zatańczyć?
- Tera nie, ale się dowiaduj - odparł, siorbiąc jednocześnie piwo wprost z Żywca przyniesionego w beczułce przez pana w fartuszku
- Tylko wiesz, nie spierd** tego, bo nadal jesteś brany pod uwagę!
Pan wymiękł.

***
Mat stwierdził iż musi zaśpiewać Dżagę.
Jestem idealnym chórkiem dla Mata.
Idealnie śpiewam "aaaaa...aaaaa... A A A"
(doda - to jak wiadomo, przede wszystkim bogata warstwa tekstowa. W ramach ścisłości - nie neguję wielkości owej artystki (bez względu na to jaka owa wielkość miała by być).
Kto słyszał, ten wie o jaki fragment mi chodzi.
W swoim CV muzycznym mam już wpisane chórkowanie nawet dla Chrisa Martina w Pradze.
Ależ oczywiście!
To samo w sumie ileś tam tysięcy innych fanów może wpisać.
Ale ja spośród swojego sektora jako nieliczny znałem piosenkę "The Scientist", co wywołało wielkie fale oklasków i podziwu wśród osób przebywających w najbliżej otulinie "stani u podia".
Kochani, bo jak to się mówi, trzeba mieć solidne podstawy.
Bo jak można iść na koncert i nie znać klasyki!!
Ot co.

czwartek, 29 stycznia 2009
faux pas

23:15
Ketonal i magnez.
Ketonal na pękającą głowę.
Magnez na gorsze dni.

Bezmyślnie patrzę na buteleczki z białym środkiem.
Nie myślę o niczym.
To tak jakbym medytował - pozwolił myślom swobodnie przepływać.
Z tą różnicą, że w mojej głowie się nic nie pojawia. Nic. Zupełna pustka.

Czytam receptę leku z magnezem.
Zalecany dla osób "niestabilnych emocjonalnie".
A jednak.

Mam kolejny dowód na to, że miłość nie istnieje.
Kolejny raz przekonuję się o tej prawidłowości.
Tak więc mając dwadzieścia kilka lat postanawiam skreślić życie uczuciowe z listy rzeczy ważnych, istotnych i mających jakiekolwiek znaczenie.

Podsumujmy co mi pozostało po ostatniej "znajomości":
- przeświadczenie, że wszystko złe co działo się w naszych relacjach wynika z mojej winy. Wiadomo, winny musi być.
Jeżeli się komuś powtarza to kilka razy dziennie, a za jedyny powód podaje sie wyrażenie: "BO TY I TAK NIC NIE ZROZUMIESZ", to człowiek zaczyna wierzyć, że rzeczywiście coś jest z nim nie tak, niezależnie od tego jaka była prawda.
- Ogromne poczucie winy
- uczucie, że coś zostało niezałatwione

Aż nastąpil pewien dzień.
Dzień w którym zrozumiałem, że nie mogę dalej się obwiniać za wszystko co złe, skoro niezależnie od podjętych przeze mnie decyzji skutek i tak będzie ten sam.
Wszystko odbyło się w milczeniu, tzn. któregoś dnia po prostu przestaliśmy rozmawiać.

A i jeszcze jedno.
Gdyby to trawało dłużej niestabilność emoconalna byłaby najlepszą rzeczą jaka mogłaby mi się przydarzyć.
To chyba tyle na ten temat.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7