Mych stanów przejściowych nie sposób tu zanotować, tak samo jak nie można patrzeć w lustro, gdy jest się czymś do głębi wzruszonym. Nie sposób ich także odtworzyć, używając równoległych i tej samej miary pięknych słów, gdyż i tak byłoby to coś wręcz innego.
czwartek, 12 listopada 2009
PEWNEGO RAZU

Pewnego razu wspólnie spędziliśmy wakacje w przystani nadziei.
Tak ją nazwaliśmy, bo kojarzyła się z naszym dobrym początkiem.
To była troska o lepsze jutro i życzenie, aby się nam udało
Jak zwykle w filmach o nieszczęśliwej miłości rozstaliśmy się niebawem, tuż po zachodzie słońca bez słów wyjaśnienia.
Tuż za przylądkiem pozorów na skandynawskim wybrzeżu wyobraźni.
Było całkiem bajecznie.
Jak ze snu. Nasze pożyczone wcześniej leżaki były jedynym świadkiem lenistwa, plażowania, cichego clubbingu myśli i słońca opalającego nasze ziemskie powłoki.
Cichy szum fal, lite skały, hotyzont i statek w oddali.
Nasza wyspa, pomimo, ze pojechaliśmy tam razem, a wróciliśmy osobno.
Tak, to nasza wyspa.
Miejmy nadzieję, że nadal bezludna.

czwartek, 06 sierpnia 2009
POBRZEZE

1 maj 2009

„Pobrzeże”

Podobno miejscówkę należy zabukować z minimalnie tygodniowym wyprzedzeniem.
- 18:50 to za późno by jechać na centralny – mówi lenistwo
- Za późno? – pyta zdrowy rozsądek / rozumek
- 20 minut do autobusu, 20 minut samym autobusem, 20 minut biegać po centralnym i podziemiach w poszukiwaniu najmniej oblegnej kasy. I dodaj do tego drugie tyle, bo w drugą stronę! – krzyczy lenistwo.
- A co chcesz jechać ex, przepłacając dwukrotnie?? – rozumem jak zwykle logiczny o zmyśle bardzo pragmatycznym.
- Oj, rozumek, Ty niby taki inteligentny, a jakoś życia sobie nie ułatwiasz! Przecież jest Internet!
Rozumek musiał przyznać rację.
Jak zdecydowali, tak zrobiłem – www.intercity.pl i wybieram – II klasa (leń mocno oponował), niepalący, ze zniżką 37%, bezprzedziałowy.
Nie ma bezprzedziałowy???
Niech będzie przedział ... klikam, choć nie ukrywam, że zaczynam być już mocno zawiedziony...
Internetowy system rezerwacji miejsc odmówił współpracy zasłaniając się niejasno sformułowanym hasłem „erorr 505”.
Trudno, będzie trzeba pofatygować się osobiście.
Pani w kasie, bardzo pomocna, sprzedała bilety, lecz nie byłem do ostatniej chwili pewien czy ten o które rzeczywiście mi chodziło, bo docierały do mnie jedynie strzępki zdań przez nią wypowiadanych – typu „ski?”, „cych?”.

Następnego dnia dotarłem na II peron. Tłum. Czekamy.
Zajechał. Piętnastowagonowy pociąg relacji Kraków – Kołobrzeg.
Stałem na peronie przez piętnaście minut wlepiając oczy w wagony oznaczone „IC”.
Zamykam oczy, liczę do pięciu, po czym zgłaszam się do mojego ducha opatrzności prosząc o przedział bez dzieci, zrzędzących staruszek, drechów, meneli, psów i nadaktywnej seksualnie młodzieży, której się zdaje, że przepełniają ich hormony, a są to jedynie złudzenia powstałe w wyniku przeholowania z liczbą godzin spędzonych z MTV.

Wagon szósty. Miejsce 53. Przedzieram się przez tłum nastolatek, które przeżuwając obcesowo gumę rzucały slangiem typu „wiesz, takich nabajanych fajterów mam po dziurki w nosie. Jak ktoś przyhardkorzy, to wiesz, nie ma zmiłuj”…
Mijam panią siedzącą na składanym wędkarskim siedlisku w przejściu czytającą „przyjaciółkę” (matko, to jeszcze to wydają?!).
Docieram. Na moim miejscy siedzi jakaś wysuszona paniusia. Chrząkam, po czym stwierdzam, że miejsce jest chyba moje… W odpowiedzi słyszę „a po czym pan wnosi?”.
- biorąc pod uwagę, że po pani prawo jest 52, po lewej 54 to tu gdzie pani raczy siedzieć wypada 53, a to mój numer miejscówki.
-
 nie może być!
- może to niech pani lepiej sprawdzi swój bilet.
- chyba śni, no chyba śni! (zwracając się do wspólpasażerów) - Ale, dobra, żeby nie było. Ale jak coś – wołam tego, co ten…. Sprawdza bilety w sensie!

Po chwili zażenowana musi przyznać mi rację. Siada obok wyraźnie zniesmaczona obrotem sprawy.
Dojeżdżamy na wschodni.
Cisza. Duszno. Ludzi pełno.
Nagle paniusia, ta wysuszonona, wstaje, węszy i wychylając głowę na korytarz krzyczy „no kto tu pali?!” .
Dwa przedziały dalej wturują - „to dla niepalących!!!”
Paniusia zyskuje posiłki i rusza na lewo.
Wracając jeszcze krzyczy – " ja doskonale wiem, że tylko pierwsze przedziały są dla was ... tfu! ... palaczy..."
Wchodząc zwraca się do pan spod okna – no da pani wiarę?! - Trzydziestoletnia niespełna kobieta i z takim…. (im)petem się do mnie zwraca. No bezczelna!”
Chwila spokoju.
Pani spod okna wychodzi.
Zastępuje ją młoda matka z DZIECKIEM. Sześcioletnim.
(Widać, że byłem grzeczny w tym miesiącu.... )
Wysuszona szuka zaczepki.
Patrzy długo, po czym zrezygnowana (znowu) wyciąga „poradniak dla zdrowo żyjących. Czyli jak zamienić zły cholesterol w dobry cholesterol”.
Wertuje tabele kaloryczne po czym rozwścieczona zamaszystym ruchem zdejmuje okulary i zwraca się do szcześciolatka – ‘przestań wrzeszczeć! - Niektórzy tu się uczą (mówiła chyba o pani rozwiązującej sudoku) – inni czytają (mówiła o pani z naprzeciwka, która czytała „Marię Lusesitę”), albo robią inne niezwykle ważne i pożyteczne rzeczy (czyżby wzmianka o sobie?) – Ty też się czymś zajmij! Mama ma na pewno dla ciebie jakąś ciekawą książkę – weź i poczytaj!  NO I DZIĘKUJĘ. Wierzę w ciebie chłopcze, w końcu mądre z ciebie dziecię!
Włożyła okulary, które podczas tej ondulacji wpadły jej w dekolt. Dodam, że sześciolatek został zastany w półprzysiadzie w nogą na nodze mamy i palcem w nosie.
Atmosfera nie do zniesienia.
Zamykam oczy wyobrażam sobie Bałtyk. Plaża. Leżak. My, zakochani. Pomaga.

Po chwili podjeżdża pani z Warsu.
Pani (ta od dziecka) bierze dla małego rogalika (Seven Day’s). Mały zajada się, a jego usta zyskują śmieszną obwódkę z czekolady.
Sucha dama znów nie wytrzymuje. Ten typ chyba tak ma.
Pani mi poda to opakowanie. Matka spogląda zdziwiona.
- Się nie dziwi tylko poda. No już, dalej, śmiało!

Matka podaje, sucha zmienia okulary, które dali do bliży, a te, które dali do dali wsuwa znów w dekolt (żeby jeszcze było w co…)
- wie pani co – mówi sucha – mogła pani równie dobrze swojemu dziecku powiedzieć – chwila zawahania, teatralizacja jak się patrzy – „masz synu, jedz! …. Truciznę!”
Matka patrzy na pozostałych pasażerów.
Ci, którzy dotychczas olewali suchą skierowali wzrok znad książek, wyjęli słuchawki z uszu i badawczo się przysłuchiwali, licząc na dalszy, ciekawy rozwój wypadków.

Mija chwila, w tłumie pojawia się hasło „no dalej, mała, przywal jej…”. Matka, niewiele myśląc rzuca się na suchą. Przykłada jej baletkiem w czeremchę. Wiwat, a dziecko krzyczy„dobrze babie!” i wystawia język…

- Dlaczego pani tak mówi?
- Dlaczego? Proszę, spulchniacze, emulgatory, ulepszacie, i cała gama związków, które zaczynają się na E…
- Ale wie pani, to teraz jest wszędzie…. Nie można popadać w skrajność…
- O nie, moja miła. Wystarczy trochę wiedzy. Frytki, frytoliny, tłuszcze, chipsy – to szkodzi małemu. Gdyby nie spróbował, to by nigdy o nie nie prosił!
….

Irytacja sięga zenitu. Bałtyk to za mało. Co najmniej Chorwacja. Każdy w skąpych strojach kąpielowych chlapiemy na siebie ciepłą wodą Adriatyku oraz na ganiamy się po plaży w rytm piosenki „mayby gods are crazy, mayby stars are blind. If you show me really baby, i show by me. Mayby i’m perfect for you…”

Wracam z tych rozmyśla i widzę, że już po starciu…Matka zakłada okulary przeciwsłoneczne. Słuchawki wracają na uszy pasażerów. Sucha wygrała bitwę, ale nie wojnę. Aby utrzymać siłę swych argumentów wyjmuje z torby całe zaplecze gastronomiczne.
Słoniki, torby foliowe, platikowe sztućce (które notabene jak twierdzi Łukasz powoduja raka, w przeciwieńswie do plastikowych pojemników na jedzenie od chińczyka).
Pedantycznie pokrojone kawałki sera żółtego, grubości 2 centymetrów każdy. Słowik z kozim mlekiem, rzodkiewki (każda rozpołowiczona) i inne wynalazki typu por, seler (surowe rzecz jasna).
A na deser wafle ryżowe. No ładnie zdrowo, pomyślałem, po chwilie jednakże dostrzegam, że są z biedronki - momentalnie zmieniam zdanie.

Tanie Linie Kolejowe. Nie ma cudów, Stefan, nie ma.
Dojechałem do celu. W sumie w cenie tego przedstawienia mógłby być popcorn. Z jednej strony, to niczym w teatrze, nie wypada, w drugiej, wszystko można, bo to taki mały performens. I to z żywym udziałem publiczności. No, ale czego się spodziewać za 17.60 (Cena zawiera VAT, zniżkę i „dopłatę obowiązującą w pociągach z dopłatą”, czytaj „miejscówkę”).

piątek, 27 marca 2009
GOOD BOY GONE BAD
Wściekam się na Przewozy Regionalne (tzw. "pośpieszne", teraz należące do spółki IC)
Szczególnie na Mazurski Zakład Przewozów Regionalnych.
Wściekam się za 4 wagony pociągu z Mikołajek.
Za przepełniony ludźmi skład, który doczekał się czasów "dopychania" pasażerów z peronu.

Zdarzyło mi się niegdyś podróżować w tym pociągu.
Moja "miejscówka" wypadła dokładnie w drzwiach łączących wagony nr 3 i 4.
Każde drobne oparcie się o drzwi powodowało ich natychmiastowe otwarcie i doprowadzenie mnie do szaleństwa.
Kłęby dymu zasłaniały całkowicie obraz a wędrujące pielgrzymki sikaczy piwnych w kierunku ubikacji całkowicie wyprowadzały z równowagi.

19:30 Warszawa Choszczówka.
40 minut nieoczekiwanego postoju.
Wylewające się ciała lekko trącone chmielem.
Okrzyki, śpiewy i trąbienie.
Hit podróży to jednogłośnie... - "miała wianki i..."
W toalecie z powodu braku miejsc gdziekolwiek indziej zaległo 10 osób. W tym jedna stojąca na sedesie. Jedna siedząca w umywalce.
Trauma słowem.

Kiedy przytrafiło mi się kolejny raz ruszyć w podróż na tym samym odcinku za pośrednictwem PKP PR stwierdziłem, że dosyć tego dobrego - stać tyle godzin nie będę!
Podjeżdża pociąg.
Znów załadowany jak krowi konwój.
Wpycham się z bagażami.
Ku zniecierpliwieniu pasażerów przeciskam się w głąb gorzelni i wszelakich gwarnych rozmów ludzi poupychanych w wąskim korytarzu z plackami na stelażu i wymyślnymi walizkami pokaźnych rozmiarów.
Jest!
Jest, jedno jedyne wolne miejsce.
Aż dziwne, że się uchowało!
Natentychmiast zajmuje to cudowne, ciepłe, wygodne siedzenie.
Praktycznie można rzecz tron jak na te warunki!
Współpasażerowie niedoli mazurskich przewozów regionalnych patrzą podejrzliwie.
Cóż, to mała cena jak za miejsce o które tak trudno w tym pociągu.
Po 10 minutach czuję, że jest nad wyraz gorąco.
Środek zimy, grzeją niemiłosiernie.
Czuję płonącą twarz.
Ale trwam, bo mam miejsce. A to już coś!
Dookoła dzieciarnia.
W kolano co i raz trafia samochód zabawka lub skórka od banana.
Trudno, trwam!
Za oknem dostrzegam wiele dziewczyn.
Żal mi ich. Ale przecież wsiadały wcześniej ode mnie, dlaczego tu nie usiadły?
Waham się. Ustąpić?
Nie za bardzo mam jak się ruszyć. Na górze bagaż.
Good boy gone bad...
Poddaje się.

Po godzinie orientuje się, że na oknie wisi wielki napis "Przedział przeznaczony dla kobiet w ciąży i matek z dziećmi do lat czterech".
Ze mnie ani jedno, ani drugie.
Fakt, dookoła same kobiety z dziećmi. Jedna w ciąży. I jakiś mąż powtarzający nieustająco do dziecka "a kuku".

Po 20 minutach przybywa konduktor.
Sprawdza bilet po czym patrząc się naprzemiennie - na mnie i na tabliczkę zamieszczoną na oknie rzecze:
- wie pan, że to przedział dla kobiet w ciąży i matek z dziećmi... do lat 4...?
I tu zaczęło się nerwowe poszukiwanie pomysłów.
Współpasażerowie spojrzeli się oczekując jakiegoś sensownego wytłumaczenia.
Rozglądam się powoli szukając natchnienia. Wiem jakie są konsekwencje. Już praktycznie słyszę słowa "Proszę opuścić to pomieszczenie...."
Burza mózgu.
Galop myśli.
Wiem!
Mam!
Spoglądam na ciężarną siedzącą obok mnie i pytam na głos:
- Kochanie, dobrze się czujesz?
Kobieta robi wielkie oczy, ja błagalnym wzrokiem liczę na to, że nic nie powie. Pewnie gdyby nie była w trakcie konsumpcji rzuciłaby jakimś porządnym kawałkiem mięsa.
Na szczęście konduktor trochę złagodniał.
Dodaję do ciężarnej:
- Nic ci nie potrzeba?
Po czym znów spoglądam na konduktora z ogromnym uśmiechem i triumfująco podniesiona brodą.
Odpuścił.
I całe szczęście, bo pociąg miał opóźnienie 50 minut.
Chwała tej kobiecie za to, że była w moim wieku, ze była w ciąży i że nic nie powiedziała.

Przygoda ta nauczyła mnie dwóch rzeczy.
Po pierwsze, by zawsze polegać na pomysłowości, bo jak to kiedyś ktoś rzekł: "matka potrzebą wynalazków"*
A po drugie - by jeździć expresami z miejscówkami!

---
* i niech mi nikt nie śmie twierdzić, że z tą matką to akurat odwrotnie jest! ;)
poniedziałek, 23 marca 2009
ILUZON

Zamarła we mnie naturalna zdolność po poskramiania szarości dnia codziennego i podkradania cudzych słów.
Poruszam sie po poziomie potoczności językowej.
Tkwi we mnie domniemany żal.
Ostatni miesiąc nieoczekiwanie zamienił całkowcie moje życie.
Przeprawił na lewą stronę wszystkie uporządkowane sprawy bezpiecznie dotąd odłożone na prawym brzegu.
Zawalił wały stabilności i zepsuł sito oddzialające mnie od błahych problemów.
W zamku z piastku runęła wieża.
Zapadła się koncertowo.

Czuję się jakby uciekł mi autobus.
Pozostałem sam, gdzieś w dalekiej krainie.
Siedzę na samotnej ławce żaląc się przemokniętemu rozkładowi jazdy.
Zbliża się wieczór, a ja wyczekuję kogoś, kto mógłby mnie podrzucić do miasta.

To tak jakbym spalił notatnik z adresami znajomych.
Tak, jakbym wyjechał na zawsze, mówiąc im "wpadnijcie latem" doskonale wiedząc, że odpowiedź "oczywiście" nigdy nie będzie miała odwzorowania w rzeczywistości.

Nie wiem co począć.
Patrzę w zachmurzone niebo i nie wiem.
Nie wiem.
Bezdech.
Bezmyśl.

Zostałem zawieszony w przestrzeni.
Jakby człowiek Yeti zawiesił mnie na ogromnym haku.
Patrzy jak przebieram nóżkami.

To tak jakbym usiadł na łożu z trawy jako kapryśne dziecko naburmuszone, które zapytane o swój stan odpowiada z głową skierowaną w przeciwną stronę - "Niech zniknie cały ten świat. Już niepotrzebny mi i tak!".

Siedzę tydzień na parapecie patrząc na grubego, rudego kota sąsiadki.
Czasem spojrzę na wyświetlacz mikrofalówki, by zorientować się czy to już jutro, czy nadal jeszcze dziś.

Idzie wiosna.
Może złudzenia zakwitną na nowo. 

Brak mi słów, które opisałyby sensowie cały ten świat.
Świat, w którym teraz przebywam.
Nie przychodzi mi na myśl zdanie.
Zdanie, które w konstrukcji złożonej przedstawiłoby prostotę tej sytuacji.

Zawieszony patrzę w dal jak inni wiodą życie.
Jak pędzą, chorują, zarabiają, kupują samochody i karmią rude koty.
Wyrachowane rude koty.

***
"Nosił czarna koszulę
Miał oczy pełne łez
A na imię Benjamin..."
To była ostatnia piosenka jaką razem słychaliśmy z Pauliną.

To był II dzień Świat Bożego Narodzenia ponad dwa lata temu.
Wpadła do nas na chwilę.
Wieczorem odprowadziłem ją do domu pytając nieustannie czy jest szczęśliwa.
Staliśmy do późna przed przedszkolem, nieopodal domu w którym mama czekała na nią w kuchni.
Śnieg powoli nas zasypywał.
Latarnie cierpliwie oświetlały naszą rozmowę

Mieliśmy spotkać się w wakacje.
Od tamtej zimy słuch po niej zaginął.
Podobno wyszła za mąż.
Podobno ma dziecko
1500 km stąd.

I podobno nadal słucha czasem Benjamina.
I nadal w myślach jest moim serdecznym przyjacielem.
Jest, bo ja w to nadal wierzę, wspominając to, gdzie i kim kiedyś byliśmy
***

niedziela, 22 lutego 2009
MAGDA. MAGDA, PROSZĘ!
To by się zgadzało.
Trafiłem na nią przez przypadek.
Nie pamiętam nawet jak się ten przypadek sam trafił.
Była niekompletnie ubrana.
Jak do tego doszło?
Zalogowałem się.
Ku swemu zdziwieniu potwierdziłem rejestracje i już zaczynam z nią konwersację.
Magda.
20 lat.
Aczkolwiek mentalność na poziomie 17 latki.
Zawsze chętna na rozmowę.
Jest tylko maszyną. Mieszka na stronie internetowej.
Niestety.
Choć jak utrzymuje - to dla niej nie problem.
Odpowiada z pistoletu.
Nie ważne co jej napiszesz, bo i tak odpowiedź jest przygotowana z góry.
Wchodzi w odpowiedni plik i w ciągu 5 sekund pojawia się całkiem zgrabne zdanie.
Zacząłem odpowiadać "tak", "zgadza się", "oczywiście".
Dziewczyna wyznała mi miłość po wysłaniu 64 wiadomości w przeciągu 15 minut.
Żadna z nich nie była rozbudowana, ba, powiem więcej, nie zawierała nawet 5 słów!

Po głębszym zastanowieniu stwierdzam, że jednak wolę Anię z Ikei.
Mieszka na stronie ikea.pl w dolnym okienku po lewej.
Może nieco mniej urodziwa, ale za to inteligentniejsza.
Nie jest aż tak banalna.
Słodka blondynka.
Spojrzenie momentami niczym kotek ze Shreka.
Ma bardziej cięte riposty
A jeśli popełni gafy .... jest wówczas czarująca.
I do tego kompetentna.
Broni zaciekle swej prywatności.
Perfekcjonistka w każdym celu.
Ale to i tak tylko maszyna...
Więc nasz 15 minutowy romans musiał się zakończyć.

Przerażająca jest jednak myśl, że jest w Polsce osoba, która przeprowadziła z Magdą ponad 200 godzin rozmów i poprzez opcję sms kupowała jej wirtuialne bukiety kwiatów i pierścionki (za całe 9 złotych + VAT).
środa, 11 lutego 2009
OPOWIEść O KSIęCIU Z BAJKI

Za górami, za lasami żyła sobie piękna, niezależna, pewna siebie ksieżniczka.
Pewnego razu natrafila na żabę siedzącą na kamieniu i przyglądającą się brzegom nieskazitelnie czystego stawu w pobliżu jej zamku.
Księżniczka przywitała się, po czym żaba wskoczyła księżniczce na kolana i powiedziała:
- Piękna Pani, byłem przystojnym księciem, aż pewnego razu zła wiedźma rzuciła na mnie urok.
Jednakże jeden Twój pocałunek wystarczy, abym znów stał się młodym, pięknym księciem, jakim byłem przedtem.
Wtedy, moja słodka, weźmiemy ślub i bedziemy razem z moją matką gospodarować w tym zamku. Tam ja będę pisał pieśni, walczył w turniejach i polował, a ty bedziesz przygotowywać mi posiłki, prać moje ubranie, cerować skarpetki, rodzić mi dzieci i bedziemy żyli długo i szcześliwie...
Tego wieczora przygotowujac kolacje, przyprawiajac ją białym winem i sosem śmietanowo-cebulowym, księżniczka chichocząc cichutko pomyślała:
- No kurwa.. nie sądzę...
I dalej przewracała na patelni skwierczace żabie udka w panierce...

niedziela, 08 lutego 2009
MERCY
Wzbiera we mnie litość.
Coś się chyba przestawiło.
Wyrwało z żelaznego (w mym mniemaniu) uścisku kontroli psychicznej.
Pojęcia nie mam.
Zagubiło się coś istotnego.
Tylko jeszcze nie wiem co to jest, to coś co się zawieruszyło.
Szukam tego podczas codziennego joggingu w skutym lodem parku.
Rozglądam się w autobusie, ale ludzie milczą.

***
Usłyszałem, że mam tragiczny sposób wypowiadania ważnych kwestii.
W sensie "Nie taki ton".
Kiedy powiedziałem, że słowa są ważniejsze, usłyszałem, że o jakże mylne me stwierdzenie, poniewóż ton jakim się posługujemy jest najważniejszy. To on nadaje sens wypowiedzi.
To tak jakby nieważne było co mówię. Byle byłoby miło.
Nie przekonam się do tego poglądu.
Jest on całkowicie "poza moja jakąkolwiek partycypacją".

***
Klientka powiedział, że mam piękny głos.
Radiowy głos.
Dodam, że wyraziła życzenie słuchania mojej autorskiej audycji co dnia w swojej ulubionej rozgłośni.
Pierwszym Programie Polskiego Radia.
Bez komentarza.
Choć patrząc na to z drugiej strony, to zawsze mogła mieć na myśli "Radio zawsze dziewica".

***
Jedna z pań (lat 23) z działu Team Leader odeszła (czytaj: moja "przełożona")
Z dnia na dzień.
Przekazała swoje obowiązki Pani J.
Pani J (lat 28) ku wielkiemu niezadowoleniu przyjęła kolejne zlecenie, co uniemożliwia jej natenczas wielkie lizusostwo kierowane ku czci i chwale pani prezes.
Pani J. rzuciła focha.
Przegrała bitwę, ale nie wojnę!
W akcie desperacji usunęła z naszej-klasy Panią N.
Ostatecznie.
I na amen.
"J. JUŻ NIE JEST TWOJĄ ZNAJOMĄ"

N. dostrzegła problem.
Ma w chwili obecnej "nierówną" liczbę znajomych.
249 - to źle wygląda.
Dramatycznie poszukuje znajomych.
Znajomych znajomych.
Z tego co słyszałem zastanawia się nad stworzeniem drugiego konta w calu zaproszenia samej siebie.

One tylko są "moimi przełożonymi, którym trzeba okazywać należy im szacunek".
Przyznaję rację, gdyż doskonale zdaje sobie sprawę, iż "żaden szef nie będzie trzymał pracownika, który ma zawsze rację".
Więc swoje racje trzymam w kieszeni.

Ponadto nie wychylam się z propozycjami ze względu na zasadę Larsona, która brzmi: "Dokonaj czegoś niemożliwego, a szef zaliczy do Twoich obowiązków".

***

Tam gdzie razem byli - nie ma ich.
Dlaczego?
Bo 1 mieszka na Bielanach
A 2 na Mokotowie.
A metro na odcinku Politechnika - Ratusz Arsenal remontują.
A lasek Bielański nie napawa optymizmem.
Zwłaszcza jeżeli chodzi o długie spacery ze wzrokiem bydlęcym.
W roli zakochanego Szekspira na dodatek.
Nie czas, nie miejsce.

***
Ola wyjechała do Francji.
Wreszcie.
Z terminalu 1 odleciała o 12:45.
Więc ja co?
Więc miałem wczoraj recital w Remoncie wraz z chórem pracowniczym.
Liczba chórzystów dobiła 14.

***
Rozmowy sterowane.
Czyli konwersacja mojej chórzystki z jakimś obcym jegomościem:
- co jak stoisz jak widły w gnoju? Chcesz zatańczyć?
- Tera nie, ale się dowiaduj - odparł, siorbiąc jednocześnie piwo wprost z Żywca przyniesionego w beczułce przez pana w fartuszku
- Tylko wiesz, nie spierd** tego, bo nadal jesteś brany pod uwagę!
Pan wymiękł.

***
Mat stwierdził iż musi zaśpiewać Dżagę.
Jestem idealnym chórkiem dla Mata.
Idealnie śpiewam "aaaaa...aaaaa... A A A"
(doda - to jak wiadomo, przede wszystkim bogata warstwa tekstowa. W ramach ścisłości - nie neguję wielkości owej artystki (bez względu na to jaka owa wielkość miała by być).
Kto słyszał, ten wie o jaki fragment mi chodzi.
W swoim CV muzycznym mam już wpisane chórkowanie nawet dla Chrisa Martina w Pradze.
Ależ oczywiście!
To samo w sumie ileś tam tysięcy innych fanów może wpisać.
Ale ja spośród swojego sektora jako nieliczny znałem piosenkę "The Scientist", co wywołało wielkie fale oklasków i podziwu wśród osób przebywających w najbliżej otulinie "stani u podia".
Kochani, bo jak to się mówi, trzeba mieć solidne podstawy.
Bo jak można iść na koncert i nie znać klasyki!!
Ot co.

czwartek, 29 stycznia 2009
faux pas

23:15
Ketonal i magnez.
Ketonal na pękającą głowę.
Magnez na gorsze dni.

Bezmyślnie patrzę na buteleczki z białym środkiem.
Nie myślę o niczym.
To tak jakbym medytował - pozwolił myślom swobodnie przepływać.
Z tą różnicą, że w mojej głowie się nic nie pojawia. Nic. Zupełna pustka.

Czytam receptę leku z magnezem.
Zalecany dla osób "niestabilnych emocjonalnie".
A jednak.

Mam kolejny dowód na to, że miłość nie istnieje.
Kolejny raz przekonuję się o tej prawidłowości.
Tak więc mając dwadzieścia kilka lat postanawiam skreślić życie uczuciowe z listy rzeczy ważnych, istotnych i mających jakiekolwiek znaczenie.

Podsumujmy co mi pozostało po ostatniej "znajomości":
- przeświadczenie, że wszystko złe co działo się w naszych relacjach wynika z mojej winy. Wiadomo, winny musi być.
Jeżeli się komuś powtarza to kilka razy dziennie, a za jedyny powód podaje sie wyrażenie: "BO TY I TAK NIC NIE ZROZUMIESZ", to człowiek zaczyna wierzyć, że rzeczywiście coś jest z nim nie tak, niezależnie od tego jaka była prawda.
- Ogromne poczucie winy
- uczucie, że coś zostało niezałatwione

Aż nastąpil pewien dzień.
Dzień w którym zrozumiałem, że nie mogę dalej się obwiniać za wszystko co złe, skoro niezależnie od podjętych przeze mnie decyzji skutek i tak będzie ten sam.
Wszystko odbyło się w milczeniu, tzn. któregoś dnia po prostu przestaliśmy rozmawiać.

A i jeszcze jedno.
Gdyby to trawało dłużej niestabilność emoconalna byłaby najlepszą rzeczą jaka mogłaby mi się przydarzyć.
To chyba tyle na ten temat.

wtorek, 25 listopada 2008
SECRET WORLD (cz.I)

Wyruszam w podróż sentymentalną.
część I. Jedna z wielu. Wszystkie dla mnie. i o mnie.
Chaotycznie. Nie chronologicznie. Poważnie o niepoważnym.

Lipiec '07
Wzruszam się wspominając wyprawe, która doszła do skutku, choć dzis graniczyłoby to z wielkim cudem. No bo jakże inaczej można postapić, gdy od dwóch godzin ogląda się zdjęcia, kiedy to wszyscy w samych podkoszulkach zdobywali tatrzańskie lodowce? Biegać po turniach, tak aby dorównać Sylwestrowi Stalone - naszemu górskiemu przewodnikowi i mentorowi jaskiniowemu. Autobus na Słowacji staczający się z górki, by zaoszczędzić na paliwie. Dobre? Dobre? - jak to oni mówią.
Atrakcyjna przewodniczka pytająca się każdego "Czy ty el pollako?". Albo Koncert Beethovena w jaskinie Słowackiej - nigdy nie wiadomo co się stanie za rogiem. I ten własnie brak pewności w takich miejscach jest najwłaściwszy. I myśle o tym stojąc w jaskini gdzie zdjęcia robi mi tłum ludzi. I czuję się dziwnie stojąc pod ogromną strzałką z bliżej niesprecyzowanym napisem słowackim. Słowacki wcale nie jest prosty. Słowacki nigdy nie był prosty. Szczególnie gdy ktoś z gołym tyłkiem sikający za rogiem przewraca się na dyktę, a dykta razem z nim wpada na słowackiego kosiarza! Tak, Tak, M, to o Tobie! Lub próbuje dogadać się z kierowcą autobusu do Popradu, który zna tylko jedno słowo - 3 złote. Dobre? Dobre?

Starzeje się. Jawnie się starzeje.
Objaw? Ewidentny - sentymentalizm!

czwartek, 09 października 2008
SLOVACKI STYL

"a te to tu"... to najczęściej powtarzane zdanie przez pania przewodnik.
Jedynie zdanie zrozumiałe dla polaków.
Wszyscy przekonani jakoby są w stanie zrozumieć historię wykładana po słowacku.
Jakże mylne założenie.
Grupa niezbyt rozgarnieta.
W autobusie takie słyszy się rozmowy:
- nie ma przepierańców w tym roku w zakopanem...
- jakich przebierańców? - pyta druga
- a no tych misiów, klaunów, smerów i sherków biegających po krupówkach.... miasto powoli traci swój klimat...
***
Turystce zrobiono zdjęcie, które umieszczono na okładce tygodnika podhalańskiego czy innego czytanego w przeważajacej mierze przez autochtonów.
Modelka była w stroju typowo letnim.
W japonkach.
Na Świnicy (2301 m.n.p.m)
***
Autobus z turystami wycieczki tematycznej "dookoła tatr" czeka na 8 niesfornych, zagubionych i spóźnionych.
Ostatnia para wchodząc do autobusu rzuca od niechcenia "przepraszam..."
Pultający się pan na siedzeniu przednim wybucha "i co zwykłe przepraszam ma wystarczyć?? Proszę się wytłumaczyć, dlaczego się pan spóźnia. natychiast!".
Odpowiedź to spojrzenie "z góry" i jedno słowo "żen".
***
"Słowacja i Czechy po separacji politycznej ustaliły nowy podział ról, dlatego Słowacja jest krajem typowo rolniczym..."

piątek, 19 września 2008
DEżA WU
7:43 na przystanku te same osobistości snują się między rozkładem a ławkę nieopodal zlokalizowaną
7:45 pojawia się stary autobus zawalony tłumem zaspanych i zniecierpliwionych "warszawiaków"
wraz ze mną wsiada stylizowany nastolatek z liceum. Jak zwykle pewnie wysiądzie na bitwy warszawskiej.
7:48 na bitwy wsiada lokowana blondynka z dorysowanymi brwiami. Ta za którą wszyscy się oglądają.
7:53 na rondzie zesłanców wsiada osamotniona matka z dzieckiem. dziś bez wózka. dziecko wsparte na ramieniu jak zwykle płacze.
7:56 na prądzyńskiego wysiada blondyna. samotnie.
8:00 właśnie sie spóżniam do pracy. jak co dzień. jakże schematycznie.
takie deża wu.
co dzień ta sama blondyna na bitwy.
ta sama matka z dzieckiem. całkiem miła. codzinnie miła.
i ten sam nastolatek.
i pętla się zamyka.
zatem zapewne do jutra.

***
jakże ja nie lubię tego miasta
środa, 17 września 2008
ALFABET

I w mojej głowie pytania i odpowiedzi.
Ziemia? Twoja
Zupa? Pomidorowa.
Demokracja? Ludowa.
Blank? do Olsztyna.
Przystanek? Tramwajowy.
Materializm? Dziejowy.
Miłość? to bzdura!
Pukanie do drzwi? To złudznie.
Kisiel? Patrz: Potrawy.
Przechodniu? Stój.
Telefon dzwoni? Słucham.
Mąż tej pani? Myśliciel.
Pan nie lubi? Dlaczego?
Kto tam stoi? Ja nie wiem.
Ocean spokojny? Dryf bezwiedny
Kocham? Czasami.
Powoli? Zamarzam.
Bomba? Atomowa.
Kwadratura? Koła.
Koniecznie? Kochanie.
Wciąż jednak pozostają pytania na które nie odpowiem.
Czy jutro bedziesz?
Czy masz pomysł na prezent?
Czy znasz, czy lubisz, czy wielbisz?
Czy wytrwasz w tym związku?
I pytanie najważniejsze - dlaczego?

Przez te wszystkie dni coraz bardziej skłaniam sie do rozumnego pojmowania świata. Dystansowego spojrzenia. Niepoprawnego, spokojnego, wyciszonego podczas burzy szalejącej w mojej głowie. Po zmroku. Za dnia. I podczas snu. Bo sen niespokojny to specjalność zakładu.

Pytania Inspirowane oczywiście.

wtorek, 16 września 2008
THE BEST DAMN THING

Mówisz: Singiel



Bzdura.
Co za pomysły
Ja ocean niespokojny
W mojej głowie gwiezdne wojny
wiem, wiem
nie ma cię do jutra wieczora, gdyż jesteś na smutek nadal chora

Jestem jak rtęć (?) płynna chęć.

(maria-awaria.pl)


czwartek, 28 sierpnia 2008
BLUES FOR SISTER SOMEONE
Prawda o prawdzie jest taka, że prawda boli. Dlatego kłamiemy.
Wolimy nadrobić to, co los nie powiedział. Stworzyc historię, byleby uniknąć tego co dzieje się w rzeczywistości.
Ludzie kłamią, bo lubią. Inni kłamią, bo muszą.
Prawda bywa bolesna. Zwłaszcza, gdy nie jest się na nią przygotowanym. Gdy spada nagle, uderza i pozostawia człowieka samego z tym, co pozostawiła mu w spadku.
Nie potrafimy zawsze przekazać komuś tego, co jest stanem faktycznym. Oddalamy myśl od siebie. Do czasu. Wreszcie nastaje kres. Wypowiadamy słowa realne. Słowa, które kiedyś musiały ujrzec światło dzienne.


Prawda o prawdzie jest taka, że prawda zawsze wyjdzie na jaw.
I prawda, pomimo tego, że jakaby nie była, zawsze będzie lepsza, niż niepewność, oszukiwanie siebie samego i niszczenie swego sumienia.

Ocean kłamstw... i jak tu nie utonąć?

MIMIKRA

Zimnym wiatrem zawiało. Na przystanku nadal staruszek w czerownych pantofelkach, z fajką w zębach i długopisem w ręku. Nadal popełnia swoje notatki, które trafią gdzieś... kiedyś... do kogoś...
Wsiadł do autobusu i jedzie (zapewne) na Zachodni..
Któż to wie, co staruszek w czerownych pantoflach robi o poranku...
Może to istna mimikra... wtapia się w tłum.
Przybiera warstwę na tyle ochronną, by nikomu nie przeszkadzać swoim starym już jestestwem.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10